To była długaaaaaa przerwa... Ale cóż mogę poradzić, nie z mojej winy. Mój komputer zwariował, tak poprostu i bez ostrzeżenia. Stwierdził że nie będzie sobie działać, no i nie działał. Czasami zdarzyło mu się włączyć na chwilę, czasami nie włączał się wogóle przez kilka dni... Raz stwierdził że nie potrzebuję wszystkich moich plików które miałam na nim zapisane i wszystkie zdjęcia poszły się... na spacer poszły... Powinnam go chyba wyrzucić przez okno, tak myślę...
Ale dość tych słodkich słów odnośnie mojego złomputera. Jeśli jest choć jedna osoba która zagląda tu regularnie w oczekiwaniu na nowe notki, to bardzooo przepraszamy z moim złomputerem za tą przerwę.
A wracając do tematu dzisiejszej notki... Polsko angielska ponieważ kolację robiłam dzisiaj z moją znajomą. Ona przygotowała jacket potatoes(pieczone ziemniaki ze skórką, które po upieczeniu smaruję się masłem od środka - przepyszne!!!), ja zaś zrobiłam typowo polską sałatkę: rzodkiewka, sałata i szczypiorek z jogurtem greckim. Połaczenie wyjątkowo udane, nie kłamię. Plus oczywiście kurczaczek, zrobiony ani po polsku ani po angielsku, po prostu upieczony w torebce z przyprawami.
Leci Wam ślinka? :)
My happy place...
sobota, 11 sierpnia 2012
piątek, 29 czerwca 2012
Iść ciągle iśc w stronę....
Jajjj....
Kolejne miasto, kolejne mieszkanie... Cóż przynajmniej nudno nie jest ;p Choć z drugiej strony gdybym miała okazję zostać w jednym miejscu dłużej niż 2 miesiące to byłabym wniebowzięta ;pp
Więc co, siedzę sobie na łóżeczku i dumam co by tu porobić... Jedyna ciekawa rzecz to moja gitara... w której moje zdolne i kochane zepsuło strunę, więc mogę sobie pobrzdąkać... Ale na grzebieniu chyba :D
Od jakiegoś czasu zacząłam fotografować każde mieszkanie w którym mamy okazję mieszkać :D (jeszcze trochę a cały album mi się uzbiera...) Nie będę wstawiać tutaj tych zdjęć gdyż po pierwsze nie wszystkie są reprezentacyjne, a po drugie, wątpię bym uzyskała zgodę na wykorzystywanie wizerunku osoby która jest na każdym praktycznie zdjęciu :DD
Za to pokażę Wam coś innego ;)
Obawiam się, że za jeśli osiądziemy gdzieś na stałe, to zacznie mi tapetować ściany naklejkami od Jacka Danielsa xD
A to mój nabytek z Londynu... No sami powiedzcie, czyż on nie jest słodki? :D
Pozdrawiam gorąco z krainy deszczu i mgieł ;)
Kolejne miasto, kolejne mieszkanie... Cóż przynajmniej nudno nie jest ;p Choć z drugiej strony gdybym miała okazję zostać w jednym miejscu dłużej niż 2 miesiące to byłabym wniebowzięta ;pp
Więc co, siedzę sobie na łóżeczku i dumam co by tu porobić... Jedyna ciekawa rzecz to moja gitara... w której moje zdolne i kochane zepsuło strunę, więc mogę sobie pobrzdąkać... Ale na grzebieniu chyba :D
Od jakiegoś czasu zacząłam fotografować każde mieszkanie w którym mamy okazję mieszkać :D (jeszcze trochę a cały album mi się uzbiera...) Nie będę wstawiać tutaj tych zdjęć gdyż po pierwsze nie wszystkie są reprezentacyjne, a po drugie, wątpię bym uzyskała zgodę na wykorzystywanie wizerunku osoby która jest na każdym praktycznie zdjęciu :DD
Za to pokażę Wam coś innego ;)
Obawiam się, że za jeśli osiądziemy gdzieś na stałe, to zacznie mi tapetować ściany naklejkami od Jacka Danielsa xD
A to mój nabytek z Londynu... No sami powiedzcie, czyż on nie jest słodki? :D
Pozdrawiam gorąco z krainy deszczu i mgieł ;)
środa, 9 maja 2012
Bublowato...
Ja wiem, wiem że na każdą kobietę każdy środek może działać inaczej, wiem. Mimo wszystko lekkie rozdrażnienie jest. Do mojej czarnej listy bublowatości których nigdy więcej nie chcę oglądać, oficjalnie dołącza Rigevidon. Numerem jeden jest oczywiście Nexplanon, implant który może królować na salonach bublowatości i tandety. Oczywiście gdy idziemy do kliniki, przesympatyczna pani opisuje tą cudowność w samych superlatywach. Jakie skutki uboczne, a gdzieżby tam... Jakby co to mówią że standardowo, mogą być nieco nieregularne cykle, puchnięcie (zatrzymywanie wody w organiźmie) lub zmiana apetetu. I to tyle. Na ulotce (oficjalnej) też niczego przerażającego nie odkryłam. Zachwalane przez znajome, zachwalane przez panią pielęgniarkę... Ok, biere. Po kilku miesiącach !uskarżania się! moich współlokatorów na walające się wszędzie moje kudły doszłam do wniosku że gubienie włosów ma związek z implantem... Bo przecież diety nie zmieniałam, brałam suplementy i co najlepsze nigdy ale to nigdy nie miałam problemu z wypadaniem włosów. Jak wypadły mi ze 2 w ciągu mycia i czesania po, to było dużo... Dodam że włosy też farbowałam od wielu lat, różnymi farbami i żadna mi krzywdy nie zrobiła... Po wyjęciu tego cudownego specyfiku, musiałam czekać 3 miesiące na to aby sytuacja na mojej głowie się uspokoiła... Włosy co prawda przestały wypadać, ale na mojej głowie została połowa tego co miałam wcześniej :( A wszystko przez takie małe g...
Po tym wróciłam do Yasmin, które z tego co pamiętałam zawsze były dla mnie łaskawe, choć wciąż miałam stracha że to nic nie pomoże. Na szczęście pomogło i do czasu gdy przez pechowe zrządzenie losu musiałam przez msc brać Regividon, wszystko było super. Już po pierwszej dawce zauważyłam zwiększone wypadanie włosów, zaalarmowana tym faktem zaczęłam się mocno zastanawiać. Z początku powiązałam to z nowym szamponem, ale robiąc dochodzenie w google, nie znalazłam ani jednej negatywnej opinni na temat mojego szamponu. Mimo wszystko postanowiłam zacząć używać innego, aby sprawdzić czy sytuacja się polepszy. Nie polepszyła się ;/ Tymczasem stałam się nie do zniesienia, coś w stylu, bez kija nie podchodź :D I tu jasność na mnie/nas spłynęła, czyli "odstaw kobieto te tabletki bo jesteś nie do wytrzymania" :D teraz się z tego śmieję ale to małe paskudztwo nie dość że spowodowało wypadanie moich ukochanych cieniaczków to jeszcze było powodem moich kłótni z facetem :/
Dziś na szczęście byłam u lekarza, dostałam Yasmin. Mój Ci on! <3 I liczę na to iż moje kłopoty zarówno z włosami jak i z facetem (spowodowane moimi humorami) się skończą... :)
Niecierpię bubli...
To tyle na dziś, poskarżyłam się i mogę iść dalej opychać się truskawkami :D
A Wy, macie swoją czarną listę bublowatości?
Pozdrawiam gorąco
Po tym wróciłam do Yasmin, które z tego co pamiętałam zawsze były dla mnie łaskawe, choć wciąż miałam stracha że to nic nie pomoże. Na szczęście pomogło i do czasu gdy przez pechowe zrządzenie losu musiałam przez msc brać Regividon, wszystko było super. Już po pierwszej dawce zauważyłam zwiększone wypadanie włosów, zaalarmowana tym faktem zaczęłam się mocno zastanawiać. Z początku powiązałam to z nowym szamponem, ale robiąc dochodzenie w google, nie znalazłam ani jednej negatywnej opinni na temat mojego szamponu. Mimo wszystko postanowiłam zacząć używać innego, aby sprawdzić czy sytuacja się polepszy. Nie polepszyła się ;/ Tymczasem stałam się nie do zniesienia, coś w stylu, bez kija nie podchodź :D I tu jasność na mnie/nas spłynęła, czyli "odstaw kobieto te tabletki bo jesteś nie do wytrzymania" :D teraz się z tego śmieję ale to małe paskudztwo nie dość że spowodowało wypadanie moich ukochanych cieniaczków to jeszcze było powodem moich kłótni z facetem :/
Dziś na szczęście byłam u lekarza, dostałam Yasmin. Mój Ci on! <3 I liczę na to iż moje kłopoty zarówno z włosami jak i z facetem (spowodowane moimi humorami) się skończą... :)
Niecierpię bubli...
To tyle na dziś, poskarżyłam się i mogę iść dalej opychać się truskawkami :D
A Wy, macie swoją czarną listę bublowatości?
Pozdrawiam gorąco
niedziela, 6 maja 2012
Kacha kupuje krem....
Dla niektórych to banalnie proste, czyż nie? U mnie to nieco odmienna historia ;) Odkąd stałam się jako tako świadomym konsumentem, nie patrzę już na to co obiecuje producent na opakowaniu, czyli jak zwykle że ten kosmetyk to przełom, że cudownie dba o skórę, że nawilża, pielęgnuję, przeciwdziała starzeniu się skóry i rozmaite inne cuda wianki... Sami zresztą chyba wiecie :P W Anglii są dwie najpopularniejsze drogerie - sieciówki, czyli Boots i Superdrug. 90% populacji to w zupełności wystarcza, no ale wiadomo zostaje jeszcze te wybredne 10% :P Ja do tych 10% należę. Najpierw weszłam do Bootsa, przegląd wszystkich kosmetyków do twarzy, efekt - nic ciekawego, nawet takie marki jak Loreal czy Oriflame, większość składu to sztuczne składniki i nic wartościowego. W niektórych (o zgrozo) odkryłam nawet aluminium! Co jak co, ale aluminium to ja na buźkę nakładać nie mam zamiaru(nie mam wobec swojej skóry morderczych zamiarów ;). Zrezygnowana Bootsem przeniosłam się do Superdrug, tam niestety ta sama historia. Stwierdziłam że chyba jednak z kremu do twarzy wyjdzie mi jedno wielkie nic (czyli zostajemy przy olejku) i dla pocieszenia zaszłam do TK Maxx, miałam jeszcze zamair zakupić jakieś buciki :) Z bucików niewiele wyszło bo gdy weszłam do sklepu ukazał mi się ON... Chyba specjalnie na mnie czekał. Moja nowa kosmetyczna miłość <3
SKŁAD: Aloe Barbadensis Leaf Juice, Squalane, Glyceryl, Sterate SE, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Cetearyl Alcohol, Glyceryl Oleate, Glyceryl Stearate, Simmondsia Chinesis (Jojoba) Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Sambucus Nigra Flower Extract, Marrubium Vulgare Extract, Saccharide Isomerate, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Glycerin, Buddleja Davidii Extract, Thymus Vulgaris (Thyme) Flower/ Leaf Extract, Beeswax, Tocopheryl Acetate, Parfum, Aqua, Gluconolacone, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid
Ja wiem, wiem... że ma kilka rzeczy w składzie które może nie są do końca fajne ale nie jest ich tak tragicznie dużo to raz. A dwa jeśli to komuś przeszkadza to zawsze może sobie kupić krem z tzw. wyższej półki który tych dobrych skłądników będzie miał albo tyle co nic, albo wogóle nic i pełno świństw jak silikony, parabeny i inne cudeńka i jeszcze dużo za to zapłacić... Ja bądź co bądź wolę stawiać na naturę ;)
Ach i pochwalę się jeszczę Wam moim nowym nabytkiem :) Czyli co ostatnio czytam...
Powiem Wam, że pierwsze 30 stron było nieco nudnawe... Ale cóż przebrnęłam i dalej jest naprawdę diablo wciągające. Póki co jestem dopiero na 15 rozdziale ale już mogę z czystym sumieniem polecić jeśli tylko ktoś ma ochotę na ciekawą, inteligentnie napisaną i niezwykle interesującą książkę ;)
To tyle na dziś, pozdrawiam i życzę dobrej nocy ;)
niedziela, 15 kwietnia 2012
Blogerki które mnie inspirują (czyli osoby dzięki którym zaczęłam pisać;)
Otóż to, gdyby nie te trzy blogi, nie byłoby mnie tu. Dzięki nim blogi stały się moją pasją i sama zapragnęłam w końcu dzielić się innymi ze swoimi przemyśleniami, radami, zainteresowaniami, czym bądź ;P
Ale do rzeczy.... ;)
Moje zainteresowanie blogami zaczęło się gdy trafiłam na bloga Anwen :) Jest to przeogromne kompendium wiedzy na temat włosów. Każda dziewczyna która stosuje się do jej rad ma szansę na to aby mieć piękne włosy, nieważne jak bardzo są zniszczone. Jest to mój ukochany blog, po części dlatego że pierwszy ciekawy jaki odkryłam, po części dlatego że jej rady są naprawdę przydatne a posty interesujące. Możecie mi wierzyć lub nie ale przeczytałam prawie wszystkie jej posty... ;D Co więcej to dzięki niej zaczęłam olejować włosy, dbać o nie w sposób bardziej zaawansowany niż odżywka i szampon i w rezultacie cieszyć się zdrowym wyglądem moich kudełków. Niach niach xD uwielbiam piękne włosy :D
Dzięki powyższemu blogowi, trafiłam również na inne, niektóre bardziej mnie interesowały drugie mniej. Jest coś takiego co mnie przyciąga do niektórych blogów, nie potrafię tego dokłądnie określić ;p Na swojej liście obserwowanych mam ich dość sporo (przynajmniej według mnie) ale regularnie zaglądam tylko do trzech.
Drugi z moich ulubionych blogów to blog o interesującej nazwie "Kosmetyczne Alter Ego". Prowadzi go przesymapatyczna dziewczyna o pseudonimie Oczuchmurność (lub Czarna Orchidea), tak czy siak oba pseudonimy są pięknę. Ma przepiękny kolor włosów, który nie raz mnie już kusił by powrócić do farbowania swoich kudełków, na czerwono oczywiście :D Pozatym urzekają mnie stylizacje jej paznokci, gdyby nie to że moja praca raczej uniemożliwia mi malowanie pazurków, pewnie bym się wzorowała na niej ;) Ale cóż, pozostaje mi podziwiać ;)
Ostatnio dzięki pewnej stronie na której był spis najpopularniejszych blogów kosmetycznych, trafiłam na Azjatycki Cukier. Dzięki Ci Panie za internet :D Ten blog mnie urzekł z kilku powodów. Po pierwsze dziewczyna która go prowadzi, mieszka w Singapurze. Na codzień ma styczność z kulturą która zawsze mnie fascynowała - AZJA! Uwielbiam mangę, anime, baaardzo mi się podoba azjatycka uroda, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Marzę o tym żeby kiedyś pojechać do Japonni w sezonie kwitnących wiśni (się rozmarzyła....) Fascynujące są ich języki i sposób ich zapisu, kiedyś miałam ambitny plan nauczenia się japońskiego... Na szczęście przeszło mi :P
Drugim powodem dla którego jej blog tak mnie fascynuje, jest to że zdradza nam ona tajniki piękna azjatyckich kobiet. Nie wiem jak inni, ale ja nie raz wzdychałam do ich pięknych, gęstych, prostych włosów, cery bez skazy, ogromnych oczu, szczupłej sylwetki i wdzięku. Nawet styl ubierania mają zazwyczaj bardziej dopracowany.
![]() |
| Mam na myśli coś takiego <3 (zdjęcie znalezione w google) |
Żeby nie było, ja nie mówię że europejki są fe, nic z tych rzeczy, mi się poprostu wyjątkowo podoba styl i uroda azjatek. Odpieram odrazu iroczne teksty w stylu że chyba nie widziałam azjatki bez makijażu... Widziałam, ale wśród kobiet każdej rasy jest tak samo, że czasem bez makijażu nie wyglądamy "kwitnąco". Można zaakceptować, lub kupić zestaw do makijażu i kichać na niedoskonałości urody :P Jeśli chcecie więc dowiedzieć się czegoś o tym w jaki sposób azjatkom udaję się tak wyglądać, to odsyłam do bloga Azjatycki Cukier. Ja wsiąkłam na wieleeee godzin ;) Pozatym znajdziecie tam również wiele ciekawych informacji o tamtejszej kulturze, a nawet przepisy!(coś co zainteresuje kuchcikujących ;p)
Przy okazji zdradzę Wam skąd wziął się mój nick. Kiedyś z moim (byłym już na szczęście;) chłopakiem, znaleźliśmy stronę z translatorem/generatorem imion japońskich. Okazało się że Katarzyna to Kyasuri. Tak mi się spodobało, że od tamtego czasu (czyli już jakieś 3 lata) posługuję się tym pseudonimem ;)
Pozdrawiam i dziękuję za uwagę
(o ile ktoś dotarł do końca;)
środa, 11 kwietnia 2012
Pstryk! :)
Dzisiaj z okazji nieprzewidzianego wolnego, wybylimy na wycieczkę krajoznawczą po mieście. Oczywiście jak zwykle ubrałam się za lekko, no bo przecież jak wychodziłam z domu to było ciepło... A że od wody "delikatnie" ciągnie to już nie pomyślałam... Ale cóż, hartujemy się, a co :) Najwyżej będę jutro pociągająca :)
Z okazji dobrej pogody (SŁOŃCE!:) udało mi się nawet kilka fotek zrobić. Oto co ciekawsze fotki ;)
Tak przyznaję się, mam manię fotoróbctwa pospolitego i dobrze mi z tym :D
Z okazji dobrej pogody (SŁOŃCE!:) udało mi się nawet kilka fotek zrobić. Oto co ciekawsze fotki ;)
![]() |
| Tak między nami, to ja nie chciałabym do takiego łańcucha być przypięta |
Tak przyznaję się, mam manię fotoróbctwa pospolitego i dobrze mi z tym :D
wtorek, 3 kwietnia 2012
Dzień pod znakiem kawy i czekolady
Dzisiaj zaplanowałam że zrobię sobie w domu mochaccino. Specjalnie wybrałam się do marketu po składniki, czyli płynną czekoladę, czekoladę w proszku (zwykła gorąca czekolada), cukier i mleko. Co najlepsze jak z tego marketu już wyszłam lunął na mnie deszcz, to było złośliwe.
Po około 20 minutowym spacerku do domu (dodam że na progu musiałam się otrząchiwać z wody jak piesek), uradowana już widziałam oczami wyobraźni moją mochę :D Wizja była, ale sprzętu takiego jak w restauracji nie było. Żeby nie było próbowałam :P Niestety to co wyszło nie sprostało moim oczekiwaniom. Cóż w końcu tam gdzie miałam zaszczyt aż przez 1 dzień pracować (w dodatku kuźwa za friko - ja to chyba jestem fundacja charytatywna) mieli taką fajną maszynkę i kawa wychodziła taka że cud, miód i orzeszki :P
Moja tego nie przypominała, koniec końców trzeba było się zadowolić gorącą czekoladą ;)
Dla chcących spróbować na własną rękę, zapodaję instrukcję wykonania :)
SKŁADNIKI:
- płynna czekolada
- kawa naturalna (mocno zmielona - nie może być najmniejszej grudki
- mleko (jakie bądź - co kto woli ;)
- bita śmietana (chyba że macie maszynkę do robienia dobrej pianki z mleka to wtedy śmietana jest niepotrzebna, jeśli takową posiadacie to najlepsze do produkcji pianki jest najchudsze mleko - 0,5% )
- czekolada w proszku (taka posypka na wierzch - powinno być w malutkim opakowaniu jak solniczka ;p, w razie nie znalezienia takowej gorąca czekolada powinna przejść)
WYKONANIE:
Na dół szklanki nalać trochę czekolady. W drugiej filiżance zaparzyć kawę, ja zaparzałam 3 łyżeczki a filiżankę zalałam do połowy gorącą wodą. Gdy już ładnie się kawa zaparzy, zalać nią czekoladę. Do tego dolać mleka(gorącego!), tak prawie do końca szklanki. Na wierz dajemy piankę z mleka lub bitą śmietaną. To zaś możemy posypać czekoladą w proszku i udekorować wierzch płynną czekoladą.A tak to mniej więcej powinno wyglądać :)
Jest to oczywiście tylko przykład, zdjęcie nie jest moje. Jednakże warto pamiętać że efekt końcowy zależy tylko od Was i Waszej inwencji twórczej :)
GOOD LUCK :-)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)










